
Jezioro Osobliwości
Zapowiedź
Scenariusz: CN Winters and Susan Carr
Spisane przez: Susan Carr
Reżyseria: CN Winters and Susan Carr
Produkcja: CN Winters and Susan Carr
Edycja: Kate
Wydział dźwięku: Steff
Dyrektor artystyczny: Chris Cook
Artyści: Chris Cook, David Zahir, Chantal, Mytryk, Cynthia Taz, CN Winters
Cięcie do
Wnętrze
Mała łódź rybacka na jeziorze Erie - wczesny ranek
Dwóch mężczyzn wolno płynęło niewielką łodzią, jedynym ich źródłem światła była niewielka latarnia przymocowana do dzioba. Świt jeszcze nie nadszedł i tylko odległe światła Cleveland na horyzoncie pozwalało im sądzić że nie są daleko od domu.
-Jack, możesz mi to podać? - zapytał jeden z nich.
Jack sięgnął na tył łodzi i podał drugiemu mężczyźnie łańcuch. Szczęk metalu brzękającego o metal rozniósł się w ciszy i sprawił, że Jack zadrżał.
-Jesteś pewien, że to dobry pomysł, Denny? - zapytał.
-Jasne że tak - odpowiedział Denny
-Oczywiście że tak – odpowiedziała Denny sięgając po śrubę i przymocowując ją do łańcucha. – Słyszałeś gościa w „Spot”. Pięć tysiaków za zdjęcie. Dziesięć za próbkę skóry Bessie. Pięćdziesiąt za ciało i stówa za żywą.
-Nie łapię – ze strachem w głosie powiedział Jack. – Dlaczego ktokolwiek chciałby ją schwycić? Zrobiła cos złego poza postraszeniem kilku pływaków? I o co biega z tymi próbkami? Po co to komu?
Denny wzruszył ramionami – może chcą zbadać jej DNA czy cos w tym stylu. Dowieść że jest prehistorycznym stworzeniem, nie? Poza tym, kogo to obchodzi? Będziemy bogaci!
Jack wzruszył ramionami i pociągnął jeszcze raz z piersiówki. Denny, skoncentrowany na zadaniu, wreszcie zdołał przymocować duży hak na jednym z końców łańcucha – Podaj mi mięso, Jack.
Jack obrócił się na swoim siedzeniu i sięgnął do plastikowego pudełka wyciągając owinięty w biały papier pakunek. Podał paczkę swojemu koledze który odwinął ją ukazując spory kawałek steku.
-Meg mnie zabije jak tylko się zorientuje że wzięliśmy jej befsztyk. W przyszłym tygodniu zjeżdża się rodzina na urodziny Bobby’ego i chciała zrobić jego ulubione danie – jęknął Jack.
-Nie przejmuj się tak – uśmiechnął się Denny przymocowując mięso do haka. Kiedy zgarniemy nagrodę za Bessie kupisz Bobby’emu tuzin steków na urodziny, a Meg da ci wreszcie to czego ci tak brakuje.
Jack westchnął gdy Denny roześmiał się i upewnił się że łańcuch był przymocowany do łódki. Zarzucił przynętę.
-I już – powiedział zadowolony Denny. – Chodź Bessie, malutka, pokaż się nam chociaż. – Sięgnął do torby wyjął wodoodporny aparat i zawiesił go sobie na szyi.
-Cholera, Denny! – zareagował Jack na widok aparatu. – Skąd to wytrzasnąłeś? Musiało kosztować fortunę.
Denny skinął głową – Jasne że tak, ale zastawiłem obrączki ślubne. Palce Pearl ostatnio schudły i trzymała swoją w szkatułce. Nie zorientuje się nawet że zniknęła bo zwrócę ją zanim zauważy.
-Chłopie – zaniepokoił się Jack. – Nie jest dobrze. Stek Meg. Obrączka Pearl. Wpadniemy w kłopoty, zobaczysz. Zawsze wpadamy.
Denny zbagatelizował jego obawy machnięciem ręki – Nie, wszystko będzie w porządku, zobaczysz, Jack. Ten facet ze Spot dobrze nam zapłaci. Obiecuję ci.
-Taa, jeśli to nie oszustwo – mruknął Jack. Chciał jeszcze coś dodać ale nagle rozległ się szczęk łańcucha gdy kilka ogniw przesunęło się po burcie.
-Denny? – mruknął Jack patrząc na łańcuch.
Denny nie odezwał się gdy kilka następnych cali łańcucha znikło w wodzie.
-Denny? To ona? – zapytał Jack.
-Może tak, może nie – powiedział. – Nie jestem pewien. – Nagle coś pociągnęło za łańcuch i coraz więcej zaczęło znikać w odmętach.
-Mój Boże – jęknął Jack gdy pociągnięcie łańcucha spowodowało że łódka zaczęła się obracać i wyrzuciło ich z siedzeń.
-Cholera! – krzyknął Denny gdy łódka zaczęła przyśpieszać ciągnięta za łańcuch. – To jak przejażdżka śnieżna w Nantucket, Jack! Jesteś pewien że nie złapaliśmy wieloryba? – roześmiał się szaleńczo gdy starał się z powrotem zająć miejsce i odpowiednio ustawić aparat.
-Mój Boże – powtarzał Jack gdy łódka nadal mknęła po wodzie, dziób skierowany ostro w dół, rozpryskując wodę z obu stron.
Tak szybko jak zaczęła, przejażdżka urwała się, wypychając obu mężczyzn do przodu. Jack chwycił za wiadro i zaczął wylewać nagromadzoną wodę za burtę. Denny nadal zajmował się fotografowaniem.
-Łańcuch zerwany? – zapytał Jack nie przerywając zajęcia.
-Nie mam pojęcia – powiedział Denny wpatrując się w wodę. Pociągnął lekko za łańcuch. – Utknął – powiedział po wyciągnięciu kawałka i potrząsnął głową gdy poczuł pociągnięcie w odpowiedzi.
-Chryste – krzyknął gdy woda przed łodzią zaczęła się pienić. – Wychodzi!– krzyknął.
-Mój Boże – powiedział blady Jack gdy wielkie cielsko wynurzyło się z wody i uniosło nad łódką. – Denny! To nie Bessie!
Denny całkiem zapominając o aparacie tylko obserwował z szeroko otwartymi ustami jak wielki kształt ruszył do przodu i zaczął opadać, rozbijając łódkę i zalewając ją i jej pasażerów ogromną falą. W kilka chwil nic nie pozostało z łódki ani jej pasażerów poza kilkoma zmarszczkami na jeziorze Erie.
Cięcie do
Wnętrze
Przydrożny bar w okolicach Toledo – Świt
-Jeszcze? – zapytała kobieta w średnim wieku w kostiumie kelnerki zatrzymując się przy ciemnowłosej Pogromczyni siedzącej przy barze i unosząc dzbanek.
Faith skinęła głową w podziękowaniu gdy kelnerka napełniła jej kubek ciemną mocną kawą. Otworzyła pojemnik z cukrem i obserwowała jak kryształki wsypują się do filiżanki. Po chwili długiej jak wieczność zamknęła go, ale po namyśle dodała jeszcze trochę.
-Wow – odezwał się jej sąsiad. – Wyraźnie lubisz cukier, co, cukiereczku?
Faith odwróciła się do niego. Po chwili zastanowienia doszła do wniosku że ubrany w jeansy, kowbojskie buty i flanelową koszulę mężczyzna nie był dla niej zagrożeniem. – dobry metabolizm. Potrzebuję energii – powiedziała zapalając drugiego tego dnia papierosa.
Jego uśmiech jeszcze się powiększył – Mogę się założyć. Przy okazji, jestem John D. Walbanks. JD dla przyjaciół.
Faith przytrzymała papierosa w ustach i podała mu rękę – Faith.
-Z twojego akcentu, Faith, wnioskuję że przywiało cię ze wschodu – powiedział.
Faith przyglądała mu się przez chwilę uważnie – oryginalnie Boston. California. Teraz Cleveland.
-Sporo w drodze, co? – zapytał. – Wiem jak to jest. Trochę doskwiera samotność, ale kocham podróżować. A jak z tobą?
Faith wzruszyła ramionami pociągając łyk kawy – Różnie bywa.
-Jedziesz do Toledo?
-Słuchaj JD – powiedziała odwracając się do niego. – Doceniam to, naprawdę, ale sprawa jest, spotykam się z kimś.
-Och – powiedział JD wyraźnie rozczarowany. – To cool. Przepraszam jeśli byłem zbyt nachalny.
-Nie przejmuj się chłopie – roześmiała się Faith. – Kiedyś albo pieprzyłabym się z tobą do upadłego albo stłukła cię choćby dlatego że próbowałeś. To tylko ta nowa rzecz której próbuję.
JD roześmiał się razem z nią a potem rzucił kilka dolców na ladę. – Lepiej wrócę do pracy. Trzymaj się, Faith, i przekaż temu kolesiowi że szczęściarz z niego.
-Przekażę – uśmiechnęła się Faith i pomachała mu gdy wychodził. Wypiła do końca swoja kawę i skinęła kelnerce płacąc rachunek.
Cięcie do:
Na zewnątrz
Autostrada, Toledo, Ohio – Wcześnie rano
Faith wcisnęła pedał gazu motocykla mijając znak oznajmiający „Strefa miasta Toledo”. Usłyszała hałas za sobą i odwróciła się lekko w siedzeniu. Zaklęła pod nosem widząc migoczące światełko. Rozejrzała się szukając możliwości ucieczki. Z westchnieniem zwolniła i zjechała z autostrady na ulic miasta.
Gdy policjanci zatrzymali się obok Faith przełożyła nogę nad motocyklem i zdjęła kask przymocowując go do kierownicy. Wygrzebała swój portfel i podała policjantowi prawo jazdy i dowód rejestracyjny.
-Dziękuję – powiedział kierując się do samochodu gdy pojawił się jego partner.
-Miło się jechało, prawda? – powiedział stając naprzeciw Faith i krzyżując ręce na piersi. Faith sięgnęła do kieszeni, wyjęła papierosa i zapaliła go.
-Przepraszam, panie władzo – powiedziała. – Po prostu cieszyłam się poranną przejażdżką. Nawet nie pomyślałam, wie pan?
-Ta – odpowiedział. – Zdarza się. I mogę to zrozumieć, przy takim motorze. Ale powinnaś być ostrożniejsza. Nie chciałbym zbierać z drogi kawałków takiej miłej dziewczyny.
Faith obdarzyła go cieniem uśmiechu i mocno się zaciągnęła obserwując zbliżającego się drugiego policjanta który miał bardzo poważny wyraz twarzy.
-Więc, Faith – powiedział. – Wygląda na to, że masz niedokończone sprawy w Californi.
-Naprawdę? – zapytała. Pod nosem mruknęła zaś – Cholera. – Potarła nerwowo policzek I zapytała – Ktoś do mnie zadzwonił? – uśmiechnęła się żartobliwie.
Jeden z policjantów ruszył palcem wskazując jej by się odwróciła i Faith zrobiła to przekładając ręce do tyłu – Willow mnie zabije.
Cięcie
Jezioro Osobliwości
Akt 1
Cięcie do
Wn
ętrzeSiedziba Obserwatorów – Jadalnia
Wcześnie rano
Willow weszła do jadalni i uśmiechnęła się na widok rozgardiaszu jaki panował w tym dużym pomieszczeniu. Grupa Pogromców żywo dyskutowała pochłaniając śniadanie. Przy innym stole Giles rozmawiał z Robinem i Kennedy. Willow szybko podeszła do nich i kładąc na stole duży folder pochyliła się by pocałować swoją dziewczynę na dzień dobry.
-Cześć, Kotku – powiedziała z uśmiechem.
-Bry – odpowiedziała Kennedy.
-Dzień dobry, Willow – powiedział Giles. – Dołączysz dzisiaj do nas czy znowu zabierasz posiłek do sali komputerowej?
Willow posłała mu nieśmiałe spojrzenie – zaprogramowałam komputer by automatycznie zbierał informacje o niezwykłych zdarzeniach w ciągu nocy, więc teraz wystarczy tylko przejrzeć raport – Willow stuknęła w teczkę którą przyniosła.
-Świetny pomysł – pochwalił Robin. – Siadaj.
-Dzięki – odpowiedziała. – Ale słyszę zew kawy. Zaraz wracam.
Willow miała sięgnąć po jeden z wielu kubków gdy ktoś podał jej filiżankę.
-Proszę bardzo – powiedział podniecony Andrew. – Mam specjalny kubek tylko dla ciebie.
Willow przyjrzała się podejrzliwie wydrukowanym na kubku słowom.
-Poczuj smak religii. Poliż czarownicę – przeczytała głośno i spojrzała na Andrew. – Bardzo zabawne.
Andrew uśmiechnął się przeskakując z nogi na nogę, jego ręce w kieszeniach jeansów – Słodkie, prawda? Znalazłem to w tym okultystycznym sklepie na Holly Lane. Jak kawa? Zrobiłem taką jaką lubisz.
Willow pociągnęła łyk – Mmmmm, dobra. Dzięki.
-Ależ proszę – powiedział Andrew. – Uh... Co chciałabyś na śniadanie? Nie miałem czasu upiec świeżego chleba ale znalazłem piekarnię która będzie dostarczać nam pieczywo trzy razy w tygodniu. I w Koszernym Jedzeniu Siegela obiecali mi że powiadomią mnie o swoich specjałach i zamówiłem świeże bajgle na Sobotę.
Willow patrzyła z rosnącym zdziwieniem gdy Andrew kończył swój wywód z zadowolonym uśmiechem. – Cóż... uh... to... to naprawdę miło z twojej strony, Andrew. Um... nie, żebym nie doceniała, ale... dlaczego sprawiasz sobie tyle kłopotów tylko dla mnie?
-Więc – zaczął Andrew – Jesteś... no wiesz, Obserwatorem i nie tylko Obserwatorem, ale poza panem Gilesem ty jesteś „tym” Obserwatorem. I jesteś czarownica i jesteś, jakby, bardzo mądra i...
-I co?
-Bardzo mi przykro z powodu tego co stało się z Tarą I z za te głupie rzeczy które powiedziałem w zeszłym tygodniu I że zraniłem Kennedy I naprawdę chciałbym się od ciebie uczyć I chciałbym ci to wszystko wynagrodzić – dokończył.
Willow zajęło chwilę przetłumaczenie i zrozumienie słów Andrew. Jej twarz złagodniała na widok bólu na jego twarzy. Odłożyła kubek na sąsiedni stół. Przysunęła się do niego. Odsunął się ale ona przytrzymała jego trzęsące się dłonie.
-Andrew – zaczęła. – Przyjmuję przeprosiny. Wiem że nie miałeś nic wspólnego ze śmiercią Tary. I przykro mi za to co stało się z Warrenem. I mimo, że błądziłeś słuchając go wiem, że zależało ci na nim. I nie miałam żadnego prawa żeby zrobić to co zrobiłam po śmierci Tary, czy to jemu czy tobie. – Andrew odetchnął głęboko gdy Willow kontynuowała. – Ale nie chcę i nie oczekuję żadnego specjalnego traktowania z twojej strony. Tylko przez to co robimy teraz możemy odkupić przeszłość. Jasne?
Andrew skinął głową.
-Świetnie – powiedziała Willow i puściła jego dłonie podnosząc znowu kubek gdy przypomniała sobie coś jeszcze – Co miałeś na myśli mówiąc że chcesz się ode mnie uczyć?
-Oh, cóż, Tucker i ja, to znaczy... nasi rodzice – zaczął Andrew. – No, oni nie byli zbyt religijni i powiedziałaś że chcesz iść ścieżką Wicca i ja, no, czytałem o tym trochę w sieci i w tym sklepie w którym byłem i nie wiedziałem, że to, jakby, prawdziwa religia. Myślałem że to tylko rzucanie zaklęć i noszenie płaszczy i bycie dziwnym...
Willow uśmiechnęła się lekko gdy Andrew kontynuował.
-Ale sądzę że to takie cool że wy czcicie boginie i boga i świętujecie święta i pełnie księżyca i łączycie się z Ziemią i w ogóle... To znaczy, to ma więcej sensu dla mnie niż próbowanie rozmawiać z jakimś gościem na tronie w chmurach.
-Cóż, nie mogę potępiać innych za ich wybór wiary – mrugnęła Willow. – Nawet teraz niektóre coweny Wicca łączą swoje bóstwa z jednym najsilniejszym przywódcą. Na przykład Grecy ciągle czczą Zeusa. Słyszałeś o nim kiedyś? – zapytała z przewidującym uśmiechem.
-Naprawde? Jak Zeus z Pojedynku Tytanów? – zapytał trochę zaskoczony informacją Andrew
-Nie jestem pewna czy on wygląda jak Sir Lawrence Olivier – roześmiała się Willow zanim dokończyła – ale tak.... czy chcesz się uczyć o mojej Wicca?
-Tak i... gdybym mógł, chciałbym być częścią twojego cowenu – Andrew nabrał tchu jakby właśnie stawił czoła swojemu największemu strachowi i przeżył.
Willow zamyśliła się na chwilę. – Wszyscy są zachęcani do uczenia się o Wicca ode mnie, Andrew, ale jeśli poczytasz trochę więcej zorientujesz się że nie każdy może być kapłanem czy kapłanką. To wymaga sporo pracy i poświęcenia.
Tak, ale tym bardziej chcę spróbować. To znaczy, lubię pomagać Radzie, ale chciałbym czegoś bardziej....
-Duchowego? – odgadła Willow
Andrew skinął głową, w końcu całkiem odprężony. – Tak. Bardziej rozwijającego osobowość. Rozumiesz mnie?
-Tak – skinęła głową Willow. – I sądzę że to może być dobry pomysł. Być może pomożesz mi zorganizować klasy i załatwić jedną z tych dużych tablic? W międzyczasie dam ci kilka książek do przeczytania i może za parę miesięcy będziesz mi asystował przy rytuale pełni księżyca?
-Naprawdę? – zapytał podniecony Andrew. – Oh! Czy mam cię teraz nazywać Lady Willow?
Willow roześmiała się. – Nie! Naprawdę nie. To jest zarezerwowane dla najwyższej kapłanki którą nie jestem – powiedziała z uśmiechem. – Zbliżam się, ale jeszcze nie jestem.... Więc, jadłeś już? – zapytała zmieniając temat.
-Nie – potrząsnął głową – byłem zajęty upewnianiem się że dziewczęta zjadły.
-Cóż, sądzę, że powinieneś zrobić sobie przerwę –uśmiechnęła się do niego ciepło. – Poczułeś już smak religii więc idź poczuj smak śniadania.
Andrew potaknął i odwrócił się do stołu z jedzeniem.
Willow napełniła kubek i wróciła do stołu siadając przy swojej dziewczynie.
-O co chodziło? – zapytała Kennedy wskazując głową w stronę Andrew.
Willow wzruszyła ramionami – Andrew albo ma poważny przypadek szukania bohatera albo się mnie przeraźliwie boi.
Kennedy roześmiała się – Nie powiem że go winię. Jesteś czasami naprawdę groźna. Na pewno nie chciałabym poznać twojej złej strony. Twoja tylnia strona to całkiem inna sprawa.
Willow zadrżała gdy Giles przerwał swoją rozmowę z Woodem – Znasz zasady – powiedział do Kennedy z lekkim uśmiechem. – Żadnych irytujących rozmów o seksie przy stole.
-Co jest takiego irytującego w mojej tylnej stronie? – zapytała Willow oglądając się przez ramię zanim posłała Gilesowi szeroki uśmiech.
-Ta, ja lubię jej tylnią stronę – zapewniła Kennedy.
-Oh, na niebiosa – mruknął Giles. – W każdym razie, wracając do poważnych spraw – powiedział donośniejszym głosem posyłając spojrzenie pełne dezaprobaty w stronę Kennedy która była zajęta uśmiechaniem się do Willow. – Pamiętaj, Willow, Obserwator musi mieć anielską cierpliwość, zwłaszcza przy Pogromcy.
-Nie tylko Obserwator, to samo dotyczy Wiccan – Willow wskazała na młodego mężczyznę napełniającego filiżanki z kawą. – Chce dołączyć do mojego cowenu.
Giles uniósł brew gdy nad tym myślał – Hmm. Może go to nauczyć trochę dyscypliny. Ma talent, ale brak mu celu. Wicca może być doskonała drogą.
-Tez tak uważam – powiedziała Willow. – Poza tym, zdecydowanie dobrze dogaduje się z ludźmi, nawet jeśli nie widać tego na pierwszy rzut oka. Spójrzcie jak dobrze dogadywał się z prawie wszystkimi, nawet ze Spike’m. Niewielu to potrafi.
-Spike? – zapytała Kennedy. – Ten sto paroletni zreformowany wampir?
-Ta – potwierdziła Willow. – Przyłapałam ich kiedyś razem w kuchni Buffy dyskutujących na temat kulinarnych dodatków i, oczywiście, Spike jakoś się z tego wykręcił.
Andrew powrócił do stołu niosąc sporą tacę – proszę, panie Giles. Świeża herbata. Czy jest coś jeszcze co mogę wam przynieść?
-Nie, wszystko mamy – powiedziała ciemnowłosa Pogromczyni. – Zjedz własne śniadanie.
Willow odwróciła się do grupy – Wszyscy skończyli? – zapytała rozglądając się wokół stołu. Po zbiorowym potwierdzeniu podała Kennedy stertę papierów i zabrała swój kubek i miskę – No to zabierzmy się do pracy – powiedziała wstając.
Ci
ęcie doWn
ętrzeSiedziba Obserwatorów – Sala konferencyjna
Chwilę później
-Faith wyruszyła rano bez problemów, Robin? – zapytała czytając wydruk komputerowy i pochłaniając łyżkę pełną płatków owsianych.
-Zaraz przed świtem. Detroit nie jest tak daleko więc niedługo powinna zadzwonić – odpowiedział dolewając sobie jeszcze kawy którą zabrali ze sobą. – Dziewczyna nie potrzebuje dużo snu – dodał po namyśle.
Kennedy prychnęła – szczęściarz z ciebie, nie, chłopie?
-Czy jest jakiś moment w którym nie myślisz o seksie? – zapytał Giles.
-Tylko kiedy gromię wampiry – odparła.
Robin uśmiechnął się i odwrócił do Gilesa – wydaje mi się, że to genetyczna właściwość Pogromców.
Willow zauważyła wzburzenie na twarzy Gilesa i odchrząknęła by zmienić temat – W porządku, raport proszę. Robin? Jak remont na górze?
-Większość jest już gotowa. Dekoratorzy przychodzą dzisiaj żeby dokończyć dzieła. Teraz kiedy wynieśli się już budowniczy mogą zacząć pracę. Na pewno będzie to możliwe pod koniec następnego tygodnia.
-Świetnie, a sypialnie Pogromców?
-Prawie skończone. Głównym problemem jest hydraulika – w obu budynkach. Tyle dziewcząt, które ciągle się kąpią załatwi cały system. Jeśli przybędzie ich więcej to niedługo będziemy mieć jezioro Erie w każdej rurze.
Willow westchnęła. – Cóż, zajmuj się tym nadal. Ken?
-Większość wyposażenia dowiozą jutro. I załatwiłam stolarzy żeby przyszli i wymierzyli jakie skrzynie na broń będą potrzebne. Oczywiście świetnie by było mieć tu Xandera. Ta skrzynia którą zrobił dla Buffy była genialna.
-Wszyscy chcielibyśmy żeby tu był – uśmiechnęła się Willow. – A jak tobie idzie, Andrew?
Odłożył łyżkę do miski z płatkami I zwrócił się w stronę Willow.
-Cóż, Kennedy wreszcie ułożyła grafik obowiązków domowych więc wszystko gra. Dziewczęta wydają się cieszyć przerwą od monotonii treningów i patroli i na szczęście się nie skarżą. Na jednej z tablic narysowałem rubrykę dla każdej dziewczyny i wpisuję tam ich codzienne obowiązki jak kuchnia, sprzątanie i tak dalej. Oczywiście jest ich coraz więcej więc musiałem przenieść się na komputer.
-Świetnie – powiedziała Willow. – Giles? Jak poszukiwania ocalałych Obserwatorów? Coś dobrego?
-To wszystko co wiemy – westchnął Giles. – Pierwsze Zło wykonało prace aż nazbyt dobrze. Robson nie mógł się skontaktować, ale sądzi że natrafił na ślad w Londynie. Wygląda jak wszystkie wcześniejsze, więc nie ufałbym w to zanadto.
-Co ma?
-Imię. Rowena Allister – odpowiedział Giles. – Jej potencjalna Pogromczyni została zabita w Istambule i odtąd nie było od niej żadnej wiadomości. Ale Robson wierzy że mogła jakoś uniknąć śmierci i gdzieś się ukryła. Zawiadomi nas gdy będzie wiedział coś więcej.
-Ma zamiar zostać w Londynie? – zapytała.
-Na razie tak – odpowiedział Giles. – Jego obrażenia były dość poważne. Jeszcze całkiem nie wyzdrowiał. Na szczęście, sądzę, że zechce prowadzić nasze biuro w Europie jeśli tak zdecydujemy. Nie wszystkie dziewczęta będą chciały przyjechać do Ameryki, wiesz o tym.
-Tak – powiedziała Willow. – Nie znalazłam żadnych informacji na temat Obserwatorów w Ameryce innych niż Marshall. Na szczęście Robson może szukać w Europie skoro zaklęcie nie sięgnie dalej niż od morza do morza.
-Cóż, poza Robsonem, skontaktowałem się z cowenem i przekazałem twoje zmodyfikowane zaklęcie zarówno dla Obserwatorów jak i Pogromców. Althanea zgłosiła się do odnalezienia ich i upewnienia się że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo.
-Świetnie – powiedziała Willow robiąc notatki. – Jestem pewna że wkrótce cos znajdzie. Um? Coś jeszcze? – rozejrzała się I otrzymała negatywne odpowiedzi. – W takim razie, okej. Wczoraj w nocy patrol zgłosił pięć wampirów i trzy demony. Dwa demony tagrash, nic specjalnego, normalne polowanie. Trzeciego nie znały. Rona podała całkiem szczegółowy opis i sprawdzam to w bazie danych. Ale jak na razie idzie to wolno bo nie wszystko jest jeszcze wpisane w program.
Giles wyglądał na znudzonego.
-Zobaczysz że wkrótce to będzie bardzo pomocne – powiedziała. – Ale najwyraźniej liczba zgromionych się powiększa. Gdy przybyliśmy patrol miał szczęście jeśli znalazł dwa wampiry, i rzadko spotykały demony.
-Co to znaczy? – zapytała Kennedy.
-Nie jestem pewna – powiedziała Willow. – Może to, że odkąd wrota piekieł w Sunnydale są zamknięte wszystkie wampiry i demony będą się kierowały tutaj. Albo...
-Albo? – zapytał Robin.
-Cóż, natura zawsze dąży do równowagi. Światło i ciemność, dobro i zło, takie tam. Wcześniej, kiedy był tylko jeden Pogromca, była w stanie sprostać siłom ciemności. Równoważyli się, jakby to ująć.
-Ale teraz gdy jest wielu Pogromców – szybko zorientował się w rozumowaniu Willow Giles.
-Dokładnie – stwierdziła. – Trochę namieszaliśmy gdy obudziłam wszystkie Potencjalne. Ups – dodała z ironicznym uśmiechem zanim zakończyła – Czyli teraz natura stara się to naprawić.
-Ale skąd biorą się demony? – zapytał Andrew.
Willow wzruszyła ramionami – Wampiry wzmożyły produkcję? Demony z innych wymiarów? Kto wie? Te wrota piekieł nie były strzeżone od dłuższego czasu więc były „bezpieczne” dla lokalnych sil ciemności. Ale nadal powinniśmy to sprawdzać, Giles. Jeśli nie zatrzymamy fali może zdołamy ją spowolnić.
-Dopilnuję tego – powiedział.
-Z innych wiadomości – kontynuowała Willow. – wczoraj w nocy zgłoszono zaginięcie kolejnej łódki rybackiej.
-Kolejnej? – zapytał Wood.
Willow skinęła głową. – Pierwszy raport policji nie uważa tego za cos poważnego, ale straż przybrzeżna szuka. To trzecie zaginięcie w tym tygodniu więc sądzę że powinniśmy to sprawdzić. Robin, skoro Faith nie ma w mieście co powiesz na wspólną wycieczkę do żony właściciela łódki po południu i sprawdzenie czy policja nie przeoczyła czegoś w swoim raporcie?
-Żaden problem – powiedział. – Spotkamy się w garażu.
-Okej... – powiedziała Willow zamykając teczkę. – to wszystko na dzisiaj. Coś do dodania?
Gdy grupa zaczęła rozchodzić się w różne kierunki Kennedy nachyliła się i pocałowała Willow w policzek.
-A to za co? – zapytała zaskoczona Willow.
-Świetnie sobie radzisz, Will – powiedziała Kennedy. – Jesteś wspaniałym Obserwatorem.
-Nie – odpowiedziała rudowłosa. – Po prostu lubię porządek. – Teraz, do pracy. Ja też mam co robić – uśmiechnęła się.
Ci
ęcie doWn
ętrzeSloane Marina – Jezioro Erie
Popo
łudnieWillow wystawiła twarz ku słońcu ciesząc się ciepłem popołudnia. Jesienne noce były całkiem chłodne tu, w Cleveland i naprawdę czekała aż temperatura skocz do 70 stopni Farenheita. Robin zauważył jej uśmiech i sam też się uśmiechnął.
-Przyzwyczaisz się – powiedział.
-Nie sądzę. Chociaż wszyscy mi to powtarzają.
Para doszła do kobiety trzymającej tabliczkę I wydającej polecenia pracownikom portowym.
-Przepraszam – powiedziała Willow – czy pani Tapman?
Kobieta spojrzała na wysokiego mężczyznę i drobną kobietę i jej oczy zwężyły się podejrzliwie – Kto pyta? Jesteście z policji?
-Uh, nie, proszę pani – powiedziała Willow i podała jej wizytówkę. – Prywatni detektywi. Proszę przyjąć nasze kondolencje, ale wiemy, że pani mąż nie jest jedynym zaginionym rybakiem. Staramy się znaleźć jakiś związek.
-Cóż, powodzenia – kobieta odwróciła się i ruszyła w stronę niewielkiego budynku biura – Dziwne rzeczy zawsze działy się na jeziorze. Nie jesteście stąd, co?
Oboje potrząsnęli głowami – Dopiero co przyjechaliśmy, pani Tapman – wyjaśnił Robin. – Jakie dziwne rzeczy?
Kobieta wzruszyła ramionami – może i nie jest głębokie jak inne jeziora ale Erie ma swoje tajemnice. Trójkąt wielkich jezior, Bessie, statki widma, takie tam. Ludzie lubią gadać, ale nie wierzcie w to. Ostatnie trzydzieści lat mieszkałam zaraz koło jeziora i nic na mnie nie wyskoczyło w nocy.
-Jak pani myśli, co się stało z pani mężem? – zapytała Willow. – Policja twierdzi że był w nocy na rybach.
-Szukał sumów – wyjaśniła. – Pewnie wciągnęło go pod wodę.
Willow rzuciła zdezorientowane spojrzenie Robinowi. On tylko wzruszył ramionami. –Przepraszam? Jak duży musi być sum żeby wciągnąć mężczyznę?
Pani Tapman roześmiała się – panienko, byłabyś zaskoczona gdybyś zobaczyła jak duże rosną tu ryby – Wyjęła zalaminowany arkusz spod biurka – To Harold z jednym z mniejszych egzemplarzy.
Willow i Robin z szerokimi oczami wpatrywali się w mężczyznę trzymającego rybę większą od niego samego. <CATFISH PIC>
-O Bogini – wykrzyknęła Willow
-Mówi pani że są większe? – zapytał Robin.
-Jasne że tak – odpowiedziała zadowolona z ich reakcji. – Mówiłam, mnóstwo dziwnych rzeczy, ale wszystkie normalne, mogę się założyć. Harold spędza całe życie robiąc to co lubi. To wszystko czego możemy chcieć od życia. I on wróci. Nie zginie – powiedziała z wymuszonym uśmiechem.
Nagle na drugim końcu portu zrobiło się zamieszanie. Kilku pracowników zawołało panią Tapman i kilku z nich ruszyło w ich kierunku.
-Co się dzieje, chłopcy? – zapytała.
Kilku z pracowników wskazało na wodę. Robin i Willow wysunęli się naprzód i zobaczyli poszarpaną rękę w resztkach koszuli flanelowej. Robin delikatnie odwrócił ciało. Willow zauważyła że brakowało sporych fragmentów zwłok, ale twarz pozostała. Kilku pracowników portowych odwróciło się z przerażeniem.
-O Boże – krzyknął hiszpański pracownik – To Jack Corley!
-Wezwij policję – zarządziła pani Tapman a on odbiegł od razu.
-Znała go pani – zapytał Robin.
-Tak, to jeden z lokalnych rybaków – powiedziała. – Poluje z tym Dennisem Arnoldem. Spędzają więcej czasu w The Spot niż ze swoimi rodzinami.
-To miejscowy bar? – zapytała Willow.
-Skinęła głową – na Whiskey Island – wpatrywała się w ciało unoszące się na wodzie.
-Nadal sądzi pani że to sum? – zapytał Robin.
Pani Tapman popatrzyła na niego pustym wzrokiem – Jeśli nie – powiedziała – chcę wiedzieć.
-Dziękujemy za informacje, pani Tapman – powiedziała Willow.
Gdy razem z Robinem opuszczali port on zapytał – Co o tym sądzisz?
-Coś tu śmierdzi – powiedziała. – Nie sądzę żeby to wszystko było spowodowane przez te ogromne sumy.
-Nie wydaj mi się żeby ryba mogła tak pokiereszować ciało – wytknął.
-Nie, ale mógł po prostu utonąć i wkręcić się w jakieś śruby. Na jeziorze jest kilka dużych łodzi.
-Masz rację – skinął głową. – Ale nadal nie wiemy co dalej robić.
-Sprawdę później raport policji. W międzyczasie sprawdzimy coś na temat tych dziwnych rzeczy o których wspominała.
Gdy doszli do samochodu Gilesa zadzwoniła komórka Willow.
-Willow Rosenberg – powiedziała. – Oh, cześć Faith. Jak Detroit?
Robin uśmiechnął się słysząc słowa Willow.
-Co? Toledo? Co się stało? – rzuciła zaniepokojone spojrzenie Robinowi. Jego uśmiech szybko zgasł. – O bogowie. Okej. Posłuchaj mnie, Faith. Po prostu siedź tam spokojnie, dobra? Nie rób nic głupiego. Zajmę się tym, obiecuję... nie! Absolutnie nie! Zostań tam. Co? Nie, nie mam zamiaru zabić ani ciebie ani nikogo innego. Uspokój się. Niedługo tam będę.
Jak tylko wyłączyła telefon Robin zapytał – Co się stało?
-Aresztowali ją w Toledo za przekroczenie prędkości – powiedziała otwierając drzwi pasażera. – Zabiję ją – mruknęła.
-Hej, powiedziałaś....
-Wiem, ale przecież nie mogłam jej tego powiedzieć. Lepiej wracajmy do siedziby rady. To nie będzie łatwe.
Robin szybko wyprowadził samochód z portu.
Koniec Aktu
Jezioro Osobliwości
Akt 2
Cięcie do
Wn
ętrzeWi
ęzienie Lucas, Toledo, OHRanek
Strażniczka poprowadziła Faith przez korytarz. Poromczyni starała się nie okazać zdenerwowania I obawy. Miała skute ręce i pomarańczowy, aż nazbyt znajomy, kombinezon.
-Gdzie mnie zabierasz? – zapytała strażniczkę.
Głos kobiety był znudzony – Twój prawnik jest tutaj – odpowiedziała.
Faith nie odpowiedziała tylko podążała za nią aż doszły do pomalowanych na szaro drzwi pokoju odwiedzin. Strażniczka zdjęła jej kajdanki i otworzyła drzwi – Miłej zabawy – powiedziała.
Faith weszła do pokoju słysząc trzask zamykanych drzwi za sobą. Willow siedziała przy podrapanym stole na którym leżała jej otwarta teczka. Miała na sobie długą spódnicę, dopasowaną bluzkę i modne buty. Faith usiadła naprzeciwko czarownicy i popatrzyła na nią.
Willow posłała jej lekki uśmiech i zapytała – Wszystko w porządku?
-Żadnej traumy. W porządku – wzruszyła ramionami Faith.
-Co się stało? – wskazała na dużą, ale gojącą się bliznę na policzku Faith.
-Jakaś Bertha nie wierzyła mi gdy powiedziałam, że już jestem zajęta.
-Zrobiłaś jej coś? – zapytała Willow.
-Nie, pojawili się strażnicy i zabrali ją – Faith unikała wzroku Willow bawiąc się skrawkiem swojego kombinezonu.
-Rozumiem – powiedziała z uśmiechem Willow. – A wczoraj? Jak ci się udało zostać aresztowaną?
-Nie uważałam, to wszystko – powiedziała. – Masz jakieś pety? Skończyły mi się wczoraj.
-Przepraszam – powiedziała Willow – Zapomniałam. Ale załatwimy je później, okej?
Faith westchnęła i skinęła głową – Will, słuchaj, doceniam że odgrywasz rolę mojego prawnika i przyjechałaś tu, ale wiem, że spieprzyłam. Załatwiłam sobie jednostronny bilet z powrotem do Californi. Przepraszam że zawiodłam Radę.
Willow milczała przez chwilę patrząc na Faith, która spuściła ramiona i brodę.
-Kiedy wczoraj cię złapali, dlaczego nie uciekłaś? – zapytała. – Na tym motorze z łatwością byś ich prześcignęła.
Faith parsknęła śmiechem – To na pewno. Nikt nie pokona mojej Indian.
-Więc dlaczego? – powtórzyła Willow.
Po raz pierwszy Faith spojrzała na Willow, jej twarz przepełniona bólem. – Zbliżaliśmy się do miasta i gdybym przyśpieszyła ścigaliby mnie i ktoś mógłby ucierpieć. Znam swoje granice, ale głupie gliny czasami szarżują.
Willow skinęła głową – Więc zaryzykowałaś powrót do więzienia żeby uniknąć ryzykowania życiem innych?
Faith przewróciła oczami – Nie mów tego tak żeby znaczyło cos więcej, Ruda, dobra? – Zanim Willow odpowiedziała drzwi otworzyły się i do środka wszedł oficer.
-W porządku, panno Williams – zwrócił się do Willow kładąc obok niej teczkę. – Sądzę że wszystko wyjaśniliśmy.
Willow otworzyła teczkę i przejrzała papiery – Dziękuję, detektywie. Gdyby był pan tak miły i zostawił nas na kilka minut, wyjaśnię wszystko mojej klientce i poproszę o podpisanie tego.
-Oczywiście – odpowiedział kierując się ku drzwiom. Faith z niedowierzaniem przyjęła szacunek z jakim zwracał się do jej towarzyszki. – Nie spieszcie się, będę na zewnątrz. I proszę pani – zwrócił się do Faith – proszę przyjąć nasze przeprosiny.
-Dziękuję – powiedziała Willow podążając za nim i zamykając drzwi.
-Panno Williams? – zapytała Faith.
Willow uśmiechnęła się i podała Faith identyfikator imienny ze zdjęciem – Willow Williams, radca prawny do usług. Andrew to zrobił Niezłe, co?
Faith szeroko się uśmiechnęła.
-Tutaj – Willow podała Faith dokument I pióro – Podpisz.
-Co to? – zapytała. – Przeniesienie?
-Nie całkiem – powiedziała Willow rozkładając papiery przed Faith. – Ten dokument stwierdza że nie ucierpiałaś na skutek działań policji Toledo. Zakładam że nie, pomijając spotkanie z tą Berthą?
-Co? – zapytała zdezorientowana Faith. – Nie...
-Świetnie – powiedziała Willow rozkładając więcej dokumentów. – Te mówią że nie podejmiesz żadnych kroków sądowych przeciwko policji Toledo, miastu Toledo ani Stanowi Ohio za fałszywe oskarżenia.
-Fałszywe oskarżenia? – wykrzyknęła Faith. – Willow!
Rudowłosa sięgnęła nad stołem i zakryła usta Faith – Cicho.
-Co się dzieje? – zapytała cicho Faith.
-A to – powiedziała z szerokim uśmiechem. – To jest list przepraszający od burmistrza Toledo za twoje nieprzyjemne doświadczenia.
Faith zamrugała zanim zaczęła czytać papiery. Willow kontynuowała – To była jedna wielka pomyłka. Wygląda na to, że skazana kryminalistka o tym samym imieniu i bardzo podobna do ciebie uciekła z więzienia w Californi. Przykre, ale zmarła w czasie tej ucieczki. Było trochę zamieszania z robotą papierkową ale wydaje mi się, że teraz wszystko jest w porządku – Willow posłała jej konspiracyjny uśmiech.
-Ale... odciski palców? – zapytała Faith wskazując na swoje ręce. – To było pierwsze co zrobili gdy tu dotarłam.
-Ta, wygląda na to, że ubiegłej nocy mieli problemy komputerowe w Californi i odciski tej biednej dziewczyny zaginęły. A według danych jej ciało zostało skremowane. Więc nie zdejmą nowych. A te które zdjęli ci wczoraj? Za sprawą jakiejś magii zmieniły się w smugi tuszu.
-A archiwum narodowe? – zapytała Faith z uśmiechem zaczynając łapać o co chodzi.
-To musiał być jakiś wirus. Wygląda na to, że zainfekował każdą bazę danych tu i zagranicą, wliczając Interpol – wzruszyła ramionami Willow. – Chodzi o to, że nie ma już żadnych danych. Bez odcisków, z aktem śmierci... nie mają żadnego powodu żeby cię zatrzymywać. To ich wina. Nie mogą udowodnić że kiedykolwiek popełniłaś jakieś przestępstwo – Willow wygładziła bluzkę i skrzyżowała ramiona. – Więc, moja droga klientko, moja zawodowa rada jest taka, żebyś podpisała te papiery i żebyśmy się stąd zmyły. Okej?
Faith uśmiechnęła się i dokończyła podpisywanie papierów. Przesunęła je z powrotem do Willow która zebrała je i włożyła do teczki.
-Dlaczego teraz? – zapytała Faith. – Mogłaś to zrobić już wcześniej. Cholera, mogłam lecieć samolotem zamiast tłuc się po drogach. Nic z tego by się nie zdarzyło.
Willow zagryzła wargę – Będę z tobą szczera, Faith. Nie ufaliśmy ci.
Faith skrzyżowała ręce i oparła się o swoje krzesło – A teraz? – zapytała.
Willow wzięła głęboki oddech. – Giles i ja odbyliśmy wczoraj rozmowę. Musieliśmy podjąć decyzję: wysłać cię z powrotem do Californi czy dać ci drugą szansę. I ja... ja powiedziałam, że wszyscy dali mi drugą szansę żebym się sprawdziła, więc ty zasługujesz na to samo. A nawet nie licząc tego... potrzebujemy cię, Faith. Masz doświadczenie i mądrość którą możesz przekazać innym dziewczętom.
-Hej, nie jestem wielkim wspaniałym Pogromcą, Will – zaczęła. – Popełniłam wiele błędów.
-To się nazywa życie. I możesz pomóc dziewczynom mówiąc im co zrobiłaś i czego się nauczyłaś – powiedziała Willow. – Może to jest twój prawdziwy dług u społeczeństwa. A najlepsza droga do jego spłacenia pomaganie nam w tej walce – trenowanie dziewcząt, walczenie ze złem.
-Więc jestem teraz czysta? Nowy początek?
-Tak, i znowu będę szczera. Giles martwi się, że złapiesz tą szansę i uciekniesz. Mogłabyś, wiesz? Nie oglądać się za siebie i uciec.
-Tak, mogłabym – skinęła głową Faith. – Ale tak się nie stanie.
-Też tak myślę. Dlatego tu jestem. I dlatego wychodzimy – dodała obracając się w kierunku wyjścia.
Wstała i otworzyła drzwi. Jak obiecał, detektyw czekał na zewnątrz.
-Sądzę, że wszystko załatwione, detektywie – powiedziała podając mu teczkę. – Gdyby był pan tak miły i dopilnował reszty, chciałybyśmy już ruszać.
-Oczywiście, panno Williams – powiedział. – Wyślę strażniczkę żeby Faith mogła się przebrać i spotkacie się za chwilę w holu.
-W porządku – powiedziała i odwróciła się do Faith. – Idź się przygotuj. Spotkamy się na zewnątrz za dziesięć minut.
Ci
ęcie doNa zewn
ątrzWi
ęzienie Lucas, Toledo, OHMoment później
Faith wyszła przez szklane drzwi więzienia stanowego i zaczęła iść wzdłuż parkingu gdy zauważyła Willow.
-Łap – powiedziała Willow rzucając jej paczkę papierosów. – Kupiłam ci je w sklepie obok.
-Dzięki, Will – powiedziała Faith rozrywając opakowanie. – Ratujesz mi życie. W więcej niż jeden sposób.
-Ta, ratuję ci życie kupując ci paczkę papierosów – zaczęła Willow. – Ironia jest bardzo ironiczna.
-Wiesz – powiedziała Faith. – Kiedy udało ci się odnaleźć i zdobyć fundusze Rady, byłam pod wrażeniem. Ale teraz? To magia czy hackowanie?
Willow wzruszyła ramionami I uśmiechnęła się. – Wszystkiego po trochu – powiedziała. – Poza tym, lubię cię mieć przy sobie, Faith. – Przerwała i zamyśliła się – Pamiętasz co powiedziałaś lata temu, że i tak rzuciłabyś szkołę, ale z przyjaciółmi takimi jak my pewnie byś tego żałowała?
-Faith roześmiała się – Pamiętam. Mówiłam prawdę.
-Myślisz że to możliwe po tylu latach? Że możemy być przyjaciółkami?
Faith zatrzymała się i popatrzyła na rudowłosą uśmiechając się powoli – Dziwniejsze rzeczy się wydarzyły. I muszę ci powiedzieć jedną rzecz.
-Tak?
-Cieszę się że cię nie zabiłam kiedy mogłam – parsknęła.
-To jest nas dwie – roześmiała się Willow. – Sądzę że świat nas potrzebuję. – Skinęła głową w stronę parkingu. A mówiąc o potrzebowaniu. Myślę że ktoś jeszcze kto cię potrzebuje chciałby cię zobaczyć.
-Co?
Faith odwróciła się w kierunku wskazanym przez Willow i jej twarz rozjaśnił uśmiech gdy zobaczyła Robina opierającego się o zderzak Jeepa Rady. Willow roześmiała się pod nosem widząc jak Faith upuszcza papierosa i puszcza się biegiem w ramiona Robina.
Ci
ęcie doWn
ętrzeSiedziba Obserwatorów – Biblioteka
Późne popołudnie.
Willow weszła do biblioteki i znalazła Gilesa troskliwie odpakowującego książki i układającego je na nowych półkach.
-Willow – powiedział odrywając się od swojego zadania. – Wszystko w porządku?
-Świetnie – oznajmiła. – Żadnych problemów. Faith i Robin wracają na motorze. Sądzę że mogą zrobić niezaplanowany przystanek – roześmiała się na widok oczywistego zawstydzenia Gilesa.
-Wiesz, Giles – zażartowała – naprawdę powinieneś przestać nosić kontakty. Czuję jak bardzo pragniesz czyścić okulary.
Giles spojrzał tylko na nią znacząco i sięgnął po kolejną książkę. – Gdy cię nie było Andrew zrobił postępy. Wpadł tu jakiś czas temu i wrzeszczał coś o „monster cam” – cokolwiek to znaczy. Dostałem migreny gdy starałem się zrozumieć coś z jego technicznego bełkotu. Ty mówisz tym samym językiem – na pewno uda ci się zrozumieć czemu jest taki podekscytowany.
-Żaden problem – powiedziała. – Czy mogę zrobić ci zioła na migrenę z przepisu który znalazłam w książce Tary? Wypróbowałam je w zeszłym tygodniu i poskutkowało lepiej niż aspiryna.
Giles uśmiechnął się – Dziękuję, Willow, to byłoby wspaniałe. I.. i cieszę się że zwracasz swoją uwagę w stronę naturalnych a nie mistycznych metod leczenia.
-Cóż, jest sporo mistycznych zaklęć leczących – powiedziała. – Kilka jest bardziej „naturalnych” od innych. Niektóre są zbyt naturalne, jeśli wiesz o co mi chodzi – zarumieniła się. – Nie jestem pewna czy jestem na to wszystko gotowa, ale kiedyś pewnie będę.
-Tak – powiedział Giles – rozumiem, ale to naprawdę część twoich obowiązków jako kapłanka Wicca. Masz na myśli jakieś konkretne zaklęcie?
-Na razie tylko badam możliwości – przyznała z zaniepokojonym wyrazem twarzy. – Pójdę zobaczyć Andrew.
Willow odwróciła się i wyszła z pokoju, Giles zaś obserwował ją z zamyślonym wyrazem twarzy.
Ci
ęcie doWn
ętrzeSiedziba Obserwatorów – Pracownia komputerowa
Chwilę później
Andrew odwrócił się na dźwięk kroków wchodzącej do pokoju Willow – Oh, Willow – powiedział. – Cieszę się że jesteś Muszę zająć się kolacją.
-Przepraszam więc że przeszkadzam – powiedziała siadając obok. – Giles powiedział że coś znalazłeś?
-Tak – krzyknął Andrew podskakując lekko w podnieceniu. – Wiedziałaś że jezioro Erie ma swojego własnego potwora z Loch Ness?
Willow wyglądała na zaskoczoną ale uśmiechnęła się lekko – Cóż, jesteśmy na Wrotach Piekieł. Co znalazłeś?
-Zaznaczyłem strony które znalazłem – pokazał.
Willow skupiła uwagę na monitorze i kliknęła myszką w folder, po czym wybrała pierwszy link z listy.
http://users1.ee.net/pmason/Bessie.html
-Wygląda jak wąż morski, około 50 stóp długości... – Willow przejrzała stronę. – Wow, nie jest mała.
-Sprawdź „monster cam” – powiedział Andrew i Willow kliknęła w kolejny link.
http://www.monstertracker.com/
-Wow – powiedziała – wygląda jak widok z naszego okna.
-Prawie – powiedział.
-Cóż, to może być kolejny mit – zastanowiła się. – Zbiorę więcej informacji i zdecydujemy co robić dalej. Jeśli to jakiś rybny demon chciałbym żebyś był częścią zwiadu.
-Ja? – pisnął Andrew.
-Tak, jesteś Panem przywoływaczem demonów – powiedziała. Nie jesteś tu tylko po to żeby dla nas gotować i sprzątać.
-No, dobra – zgodził się niechętnie. – Ale tylko jeśli ty też tam będziesz.
-Tak, ale na razie jednak trzeba zająć się gotowaniem i sprzątaniem – Willow wskazała na drzwi. – Dziewczyny niedługo muszą ruszać.
Andrew wyszedł z pokoju i Willow wróciła do danych na komputerze. Chwilę później weszła Faith i usiadła obok czarownicy obracając się wesoło na fotelu.
-Witej w domu – powiedziała Willow patrząc na nią kątem oka, ale nie spuszczając uwagi z komputera.
Faith postawiła nogę na podłodze zatrzymując obrót fotela. – Wow! To naprawdę dom, co?
Willow uśmiechnęła się wreszcie odwracając się od komputera. – Może to niewiele, ale staramy się to właśnie zrobić z tego miejsca.
-Ta – powiedziała Faith. – Sorry za niedotarcie do Detroit. Robin powiedział że coś się tutaj dzieje więc pojadę do tej dziewczyny pod koniec tygodnia. Co mamy?
Willow wskazała na komputer. – Coś tam załatwia tubylców. Zawsze było sporo zaginięć na Wielkich Jeziorach, ale ostatnio ich liczba tutaj wzrasta.
-Coś przyciągniętego przez Wrota Piekieł? – zapytała Faith
-Może – przyznała Willow. – Może to też przypadek jak powiedziałby Giles, ale może i coś innego. Andrew znalazł miejscową legendę o potworze z jeziora, ale odkąd został pierwszy raz opisany w 1800 roku nie było żadnych wieści żeby potwór kogoś zjadł. Ale w tym miesiącu mnóstwo ludzi zostało przez coś zaatakowanych. Rodzina pływaków trafiła na ostry dyżur.
-Fu – skrzywiła się Faith. – Mamy plan? Trudno gromić cos pod wodą, wiesz?
-Tak – powiedziała Willow. – Porozmawiamy o tym ze wszystkimi przy kolacji, ale myślę że powinniśmy wybrać się jutro na połów. Zostaniesz wieczorem, dobrze? Kennedy zajmie się patrolami.
-Dlaczego? – zapytała Faith. – Poradzę sobie.
-Wiem że tak, ale wiem też że nie spałaś ostatnio – odpowiedziała czarownica. – Zrób sobie przerwę. Zostań w domu. Odpocznij trochę. Albo, no wiesz, trochę....
Faith roześmiała się i jeszcze raz zawirowała na krześle – cokolwiek powiesz. Ty tu jesteś Obserwatorem.
Willow uśmiechnęła się przekornie – I nie zapominaj o tym.
Ci
ęcieCi
ęcie doWn
ętrzeSiedziba Obserwatorów – Jadalnia
Wczesne popołudnie
Jak tylko wszyscy skończyli posiłek a Pogromczynie skierowały się do swoich pokoi by przygotować się na patrol Willow wstała i przerwała hałas rozmów.
-Rona, Vi, wy dwie będziecie dzisiaj dowodzić – powiedziała spoglądając w notatki. – Kennedy będzie nadzorować, będzie patrolować w Jeepie i zabierze ze sobą dwie nowe dziewczyny by zaznajomić je z miastem. Upewnijcie się że jesteście w kontakcie z jej walkie-talkie.
Rona I Vi skinęły głowami i Willow kontynuowała. – Zadzwoniłam do Pani Tapman z portu i dowiedziałam się że ma łódkę którą będzie mogła nam wypożyczyć. Będzie na nas czekała wcześnie rano.
-Łódkę? – zapytała Kennedy. – Po co?
-Zobaczymy czy uda nam się dowiedzieć co się dzieje – powiedziała Willow patrząc na swoją dziewczynę z zaskoczeniem. – Andrew, zabierz tę swoją piszczałkę żebyśmy mogli sprawdzić czy, jeśli to demon, możesz go przywołać.
-Okej – powiedział Andrew wiercąc się na siedzeniu.
-Jak dużą łódkę? – zapytała Kennedy.
-Wystarczającą żebyśmy zmieściły się my dwie, Giles, Robin, Andrew i Faith.
-Nie wydaje mi się duża – mruknęła pod nosem.
-Wystarczy – powiedziała Willow. – Kochanie? Coś się stało?
-Co? – zapytała Kennedy wyglądając na zdenerwowaną i przestraszoną. – Nie, oczywiście że nie. Chciałam się tylko upewnić że będzie bezpiecznie. Moja praca, to wszystko.
Faith wychyliła się ze swojego krzesła – weź na uspokojenie, Mała – powiedziała żartobliwie. – Jak już zabijemy te potworę urządzimy sobie wyścig do brzegu. Pokażemy tym Obserwującym że nie potrzebujemy śmierdzącej łodzi, ta?
Kennedy posłała jej cień uśmiechu – Jasne, Faith. Kiedy tylko zechcesz.
-Dobrze – powiedziała Willow zamykając spotkanie. – Miłego patrolu życzę Pogromcom, a wszystkim miłego wieczory. Jutro idziemy do portu o świcie.
Kennedy została chwilę dłużej gdy wszyscy wychodzili – Pięknie – szepnęła i wstała kierując się do garażu by zacząć patrol.
Ci
ęcieJezioro Osobliwości
Akt 3
ęcie do
Zewn
ątrzPort Sloane – Jezioro Erie
Świt.
Jeep rady wjechał do portu, a gdy otwarły się drzwi pasażerowie wysypali się na zewnątrz. Andrew niósł wielką torbę. Na głowie miał czapkę Florida Marlins. Doniósł torbę do miejsca gdzie stali Giles i Robin, obaj, co niezwykłe, ubrani w jeansy i koszulki polo. Nawet w tym zwykłym ubraniu wyglądali na profesjonalistów.
Kennedy wysiadła jako ostatnia, z zaniepokojeniem patrząc na jezioro widoczne za Willow rozmawiającą z właścicielką przystani.
-Tutaj, Mała – zawołała Faith rzucając w jej stronę torbę z bronią. – Dowiedz się która łódka jest nasza i wrzuć to na pokład.
-Taa – szepnęła Kennedy – żaden problem.
Ciemnowłosa Pogromczyni podeszła do Willow i starszej kobiety.
-Oh, cześć, kochanie – Willow spojrzała na swoją ukochaną. – To pani Tapman, pożycza nam łódkę na dzisiaj.
-Którą? – zapytała Kennedy.
-Tamta – pani Tapman wskazała na łódkę długości około 25 stóp. – Ma wszystko czego będziecie potrzebować. Przynęta, sieć, lód. Jeden z chłopców napełnił lodówkę jedzeniem. Są też kamizelki ratunkowe pod pokładem, a na pokładzie jest komputer z GPS. Skully może wam pokazać jak działa.
-Oh, nie, nie trzeba – uśmiechnęła się Willow. – Poradzę sobie z każdym komputerem. Wszyscy twierdzą że jestem geniuszem.
-Do tego nie potrzeba geniuszu – powiedział Giles przechodząc obok i kierując się ku łodzi.
Kennedy parsknęła patrząc jak Willow uśmiecha się lekko do Gilesa.
-Oczywiście – odpowiedziała pani Tapman ignorując wymianę zdań. – Radio jest podłączone do satelity. I wszystkie częstotliwości są już zaprogramowane, ale lista jest obok nadajnika, razem z namiarami na całe jezioro. Wiecie dokąd zmierzacie?
Willow klepnęła w torbę z laptopem – mam namiary na wszystkie miejsca zaginięć.
-To dobrze – powiedziała kobieta. – Dobrze więc, trzymajcie się, a jeśli znajdziecie Harolda powiedzcie mu żeby wracając kupił mleko.
-Oczywiście, pani Tapman – odpowiedziała Willow. – Dziękujemy bardzo i obiecujemy że zaopiekujemy się łodzią.
-Jasne że tak – uśmiechnęła się. – To cacko.
Willow odwróciła się do Kennedy gdy pani Tapman wracała do budynku – Sprawdzę wszystko. Spotkamy się na pokładzie.
Kennedy zabrała torbę z bronią i z westchnieniem ruszyła w stronę łodzi. Willow podeszła do samochodu i dała kluczyki Vi.
-Proszę bardzo – powiedziała. – Starajcie się nie wpaść w kłopoty gdy nas nie będzie.
-Daj spokój, Willow – jęknęła Vi. – Nie będzie was tylko jeden dzień. Co takiego może się stać?
-Znajdź po prostu wszystkim jakieś zajęcie – powiedziała Faith zatrzaskując bagażnik. – Zostawiłam rozkład treningów na tablicy w sali gimnastycznej. Znajdę kogoś kto się wymigał, ty i Rona zawiśniecie. Jasne?
-Taa – powiedziała Vi starając się schować uśmiech. – Jak słońce. Kiedy zamierzacie wracać?
-Wieczorem – odparła Willow. – Nie sądzę żeby którekolwiek z nas wytrzymało dłużej na tak małej przestrzeni razem z Andrew.
-Rozumiem – roześmiała się Vi – bawcie się dobrze! – drobna Pogromczyni wślizgnęła się na siedzenie kierowcy i wyprowadziła samochód z portu.
-Gotowa na połów, Will? – zapytała Faith
-Taa, chodźmy.
Znalazły Andrew i Kennedy na pokładzie, a w kabinie Giles i Wood sprzeczali się o to kto będzie sterował łodzią. Faith i Willow spojrzały po sobie. Faith potrząsnęła głową z uśmiechem.
-Mali chłopcy i ich duże zabawki – dodała Willow dając znak Faith by ta szła za nią.
-Dajcie spokój, chłopcy – Faith z łatwością wskoczyła na tył łodzi.
Cięcie do
Wnętrze
Łódka rybacka – Dzień
Jezioro Erie
-Ale ja zamawiałem to siedzenie! – jęczał Andrew.
Kennedy chwyciła go za rękę i odciągnęła od fotela.
-Au! Uważaj! To ręka od joysticka! – Andrew roztarł bolący nadgarstek.
-Faith powiedziała, daj spokój – powiedziała Willow nieco ostrożniej niż Faith wchodząc na pokład. Nie zauważyła zamyślonego wyrazu twarzy Andrew. [Andrew Shark Fantasy pic] Kennedy weszła do kabiny I usiadła na niewielkiej ławce patrząc przez okno.
-Hej, co z nią? – zapytała Faith.
-Nie wiem – wzruszyła ramionami Faith. Miała zapytać gdy usłyszała podniesiony głos Gilesa. Zamiast zwrócić się do Kennedy przeszła przez kabinę do miejsca gdzie byli Giles i Robin.
-Co się dzieje, panowie? – zapytała stając między nimi gdy wyrywali sobie kluczyki. – Mam was rozdzielać?
-Zwróciłem tylko uwagę Robinowi że ja powinienem sterować – odpowiedział ciągnąc za kluczyki których nie chciał oddać Robin.
-A ja zwróciłem uwagę Gilesowi, że mam doświadczenie z łódkami – sprzeciwił się Robin ciągnąc w swoją stronę.
Willow przewróciła oczami.
-Powiem wam coś, chłopcy... Giles nas skieruje na wody, a Robin zabierze z powrotem do domu. Brzmi fair? – ton jej głosu sprawił że obaj skinęli głowami.
-Świetnie – powiedziała Willow i wyjęła butelkę wody z lodówki. Wróciła o środka gdy Giles i Robin złożyli drabinkę i wreszcie uruchomili silnik. Pracownicy pani Tapman odcumowali liny i łódka powoli odbiła od brzegu. Giles wyprowadził łódkę na szerokie wody i skierował ją ku wschodzącemu słońcu.
-Wszystko w porządku? – zapytała Willow patrząc jak Faith i Andrew zajmują się siecią rybacką.
-Pięć na pięć, szefie – odpowiedziała nieobecnym głosem Faith przytrzymując papierosa w ustach i wyciągając haczyki z pudełka.
-Nie wiedziałam że łowisz, Faith – powiedziała siadając na burcie Willow.
-Nie tylko ty masz tu specjalne zdolności, Ruda – zaśmiała się Faith.
Willow odkręciła butelkę wody i pociągnęła duży łyk zanim zapytała – Ale nie miałaś chyba dużo szans na nauczenie się. Mówiłaś że twoja matka nie miała pieniędzy.
-Dobrze pamiętasz.
Willow wzdrygnęła się gdy Faith wyrzuciła papierosa za burtę.
-Mój Obserwator w Bostonie – powiedziała w końcu zwracając uwagę na swoje zajęcie. – Kiedy powiedziałam jej, że nigdy nie pływałam w oceanie, co dopiero byłam na łódce, wypożyczyła jedną i zabrała mnie na wycieczkę. Nie licząc choroby morskiej, pokochałam to. Spędziłyśmy prawie całe lato łowiąc albo obserwując orki... Hey, Will, wiedziałaś, że orki słyszą swoje jedzenie?
Willow skinęła głową – Taa. Mama zabrała mnie kiedyś żeby je obserwować na północy. No, na północy Californi w każdym razie. Tutaj ich chyba nie ma. Ale obserwowanie ich było naprawdę cool.
Faith zgodziła się z nią – Jasne. Są bardzo mądre. Nie popieprzone jak ludzie czy demony. Myślisz że tu jest jakiś demon?
-Tego właśnie mamy się dowiedzieć – powiedziała Willow. – Andrew, jak tylko dotrzemy do miejsca gdzie było najwięcej zniknięć chcę żebyś spróbował zagrać na tych swoich przyzywających piszczałkach. Zobaczymy czy cos się pojawi?
-Jasne Willow – powiedział Andrew wskazując na swoją torbę. – Dla mnie w porządku, ale....
-Ale? – zapytała Willow.
-Mam złe przeczucia – powiedział Andrew. – Muszę ci powiedzieć, mój pajęczy zmysł mi to mówi.
-Wszystko będzie dobrze – powiedziała Willow.
-Hej, Willow? – zawołał Robin. – Giles chce wiedzieć dokąd płynąć.
-Juz tam idę – Willow westchnęła I odwróciła się Faith. – Cieszę się, że twoja Obserwator miała dla ciebie czas, Faith – powiedziała. – Stara Rada zabraniała osobistych związków z Pogromcami ale ja zamierzam to zmienić. Giles dowiódł że to się sprawdza pracując z Bufyy i sądzę że to właśnie pomogło jej przeżyć.
-Masz pewnie rację – powiedziała Faith. – Mam tylko nadzieję, że nie każdy Obserwator będzie tak blisko swojego Pogromcy jak ty i Ken. W takim przypadku nie byłoby czasu na zwalczanie wampirów.
Willow znowu przewróciła oczami i poszła po swoje notatki. Kennedy nadal siedziała w kabinie patrząc przez okno. Willow otworzyła usta by zadać pytanie gdy Robin zawołał ją z góry.
-Idę! – krzyknęła i wyjąwszy notes z walizki wspięła się po drabince.
-Wow! – powiedziała patrząc na wodę. – Jak tu pięknie.
-Jasne – zgodził się Robin.
-Łódka przyspieszyła i przecięła spokojne wody jeziora Erie. Kilka chmur płynęło po niebie, ale było ono niebieskie i niosło obietnice ciepłego popołudnia.
-Jest duże – zauważyła Willow. – Nie duże jak Pacyfik, ale i tak wielkie.
-Wszystkie wielkie jeziora robią wrażenie – przyznał Robin. – Przede wszystkim, są takie stare, sądzę że miały czas rozwinąć własną osobowość.
-I z tego co znaleźliśmy, jezioro Erie naprawdę ma osobowość.
Giles sterował łódką jedną ręką, drugą starając się wykrzesać coś z komputera pokładowego. – Willow, masz koordynaty? – zapytał.
-Tutaj – powiedziała. – Przepraszam na chwilę – wślizgnęła się obok Gilesa. Robin obserwował to z lekkim uśmiechem i skrzyżowanymi ramionami.
Giles patrzył jak Willow wciska kilka przycisków na konsoli. Zadrżał gdy machina wydała kilka dźwięków i na ekranie pojawił się wirtualny komas.
-Proszę. 15 stopni na północ i będziemy na miejscu.
-Co to ma być? – zapytał Giles poprawiając kurs.
-Komputer nawigacyjny – wyjaśniła. – Zbiera dane z satelity pozycyjnego który orbituje wokół Ziemi. Wpisałam gdzie chcemy dotrzeć a on pokazał jak tam dotrzeć. I jeśli zachowamy dotychczasową prędkość będziemy tam w dwie godziny.
Giles spojrzał na nią uważnie – Co się stało z romantyzmem busoli i kompasu?
-To nowa era, koleś – powiedział Robin wzruszając ramionami.
-Przepraszam, ale potrzebuję tylko “rozpiętych żali I gwiazdy by za nia podążać” – zacytował Giles szorstko.
Willow roześmiała się lekko – Rozumiem, ale czy mógłbyś na razie zostać przy komputerze nawigacyjnym?
-Piekielna technologia – mruknął Giles wywołując śmiech Robina i Willow.
Ci
ęcie doWn
ętrzeKabina – Jezioro Erie
Chwil
ę później
Willow usiadła obok Kennedy i objęła ją ramieniem, przysuwając się do brunetki. Kennedy nadal patrzyła przez okno.
-Ken? Kotku? – zapytała Willow. – Coś się dzieje?
-Nic – zaprzeczyła Kennedy. – Wszystko O.K. Potrzebujesz czegoś?
Willow delikatnie odwróciła podbródek Kennedy tak żeby spojrzeć w jej oczy. – Słonko? Co się dzieje?
-Ja... – westchnęła Kennedy i odwróciła się. – Ja nie lubię wody.
Willow uniosła brew – Złe doświadczenia?
Kennedy zawahała się, ale po chwili cicho przyznała się - ... nie umiem pływać.
Willow zamrugała w zaskoczeniu – Nie umiesz pływać?
Kennedy potrząsnęła głową.
-Ale czy nie mówiłaś że wasz dom na Long Island miał basen? – zapytała Willow.
-Oh, tak – powiedziała Kennedy – Dom na Long Island. Dom w Nowym Meksyku. Dom w Californi. Każdy dom w którym mieszkałam miał basen albo był zaraz przy plaży. Mieliśmy mistrzowską drużynę pływacka w szkole. Mnóstwo okazji do nauczenia się. Tylko że nigdy tego nie zrobiłam.
Willow zawahała się analizując słowa Kennedy – co się stało? – zapytała miękko.
-Mój przewidujący rudowłosy geniusz – uśmiechnęła się zanim poważnie odpowiedziała – Miałam jakieś pięć lat i oddaliłam się od niani prosto do basenu. Na szczęście moja młodsza siostra to widziała. Mała paskuda śmiała się ze mnie, ale to wystarczyło żeby zwrócić uwagę niani. Inaczej bym utonęła.
-Szczęście – zgodziła się Willow. – Sądzę że to pozostawiło niezapomniane wrażenie.
-Taa – Kennedy spuściła ze wstydem oczy. – Ironia, prawda? Mogę stawić czoła armii nadwampów, ale weź mnie nad wodę a zamieniam się w dziecko.
-Hej – Willow ponownie odwróciła ku sobie twarz Kennedy. – To ja tu mam nieracjonalny strach przed żabami. I nieważne jak bardzo się starała, Tarze nigdy się nie udało nakłonić mnie do zbliżenia się do konia. Wszyscy się czegoś boimy. Więc, nie wstydź się, okej?
-Okej – powiedziała Kennedy.
-Zrób mi przysługę, dobrze? – zapytała Willow – załóż kamizelkę ratunkową.
-Willow! – zaprotestowała Kennedy. – Nie założę żadnej głupiej kamizelki! Wtedy wszyscy się dowiedzą.
-No to co? – zapytała Willow. – Faith będzie żartować i Andrew na pewno rzuci jakimś głupim komentarzem, ale wszyscy poczujemy się lepiej jeżeli taką założysz.
-No nie wiem. Zostanę tutaj, będzie dobrze.
-Ken, jesteśmy niedaleko wrót piekieł. Spędziłam całe życie na takich. Wierz mi kiedy powiem, że kiedy idzie o Hellmouth, prawa Murphy’ego są niezawodne. Proszę?
Kennedy posłała jej zbolały uśmiech – Niech będzie, ale tylko dla ciebie.
-Dziękuję – Willow pocałowała ją.
Wyszła z kabiny i pomachała do Faith – Rzuć mi kamizelkę, mogłabyś? – zapytała.
-Boimy się? – prychnęła Faith
-Kennedy właśnie przyznała się że nie umie pływać.
-Co? – zapytał z niedowierzaniem Robin. – I mimo to przypłynęła tu z nami?
Willow skinęła tylko głową i odwróciła się do Faith sięgając po kamizelkę. – Nie chcę ryzykować. I nie dokuczajcie jej, jasne? – ostrzegła.
Faith wyszczerzyła zęby ale zamiast podać kamizelkę Willow minęła ją idąc do kabiny.
-Faith – ostrzegawczym tonem rzuciła Willow ale to nie powstrzymało brunetki. Zatrzymała się przed Kennedy, nadal z uśmiechem na ustach.
Kennedy spojrzała na nią i westchnęła wyciągając rękę. – No już. Powiedz to. Jestem tchórzem.
Faith klęknęła obok włazu I rzuciła jej kamizelkę
-Tchórz symulowałby ból brzucha zanim wyruszyliśmy. To że jesteś tu świadczy że masz jaja. Ale nie założenie kamizelki świadczyłoby że jesteś idiotką – powiedziała Faith. – Więc nie bądź głupia i załóż kamizelkę, Mała.
Faith mrugnęła do niej i cicho odeszła zostawiając uśmiechniętą Kennedy.
Cięcie do
Na zewn
ątrzStern – Jezioro Erie
Po
łudnie
Andrew siedział w fotelu do połowu i słuchał walkmana. Faith i Robin siedzieli naprzeciw siebie z Andrew pomiędzy nimi i rzucali sobie piłką nad jego głową. Żadnego znaku rybiego demona.
Andrew zdjął słuchawki i powiedział – mógłbym jeszcze raz spróbować zagrać.
-Mówiłam ci – ostrzegła go Faith. – Jeszcze raz zagrasz na tym czymś i wyrzucę cię za burtę.
-To nie byle coś – zaczął Andrew. – To mistyczne narzędzie przywoływania... – Andrew zatrzymał się widząc wyraz na twarzy Faith – które zostanie w mojej torbie.
-Dobra odpowiedź – mruknęła Faith.
Giles trzymał wartę na dziobie a Kennedy, która wreszcie wyszła z kabiny, siedziała na rufie, gdzie trochę mniej trzęsło. Pomarańczowa kamizelka opinała jej pierś.
-Willow! – zawołał Andrew zrywając się z fotela. Piłka uderzyła go w głowę – Au!
-Sorry, chłopie – wzruszyła ramionami Faith. – Nie chciałam cię uderzyć. Wstałeś....
-Co się stało? – Willow wyszła z kabiny gdzie pracowała z laptopem.
-Patrz – pokazał na wodę.
Duży cień przemknął koło łódki a potem zawrócił. Giles wyszedł z kabiny i musiał przytrzymać się drzwi gdy łodzią zatrzęsło.
-Dobry Boże! – Wykrzyknął. – Co to było?
Tylko Kennedy stanęła z tyły gdy wszyscy wychylili się by obejrzeć cień.